środa, 3 grudnia 2014

Sao Paulo i nasze smieszne przygody hehe

Rozpoczelysmy podroz z wielkim hukiem. Penetracja Sao Paulo ograniczyla sie do dwukrotnego pojscia na Pualiste, dodatkowo kilka razy przejechalysmy sie metrem i raz ja zjadlam obiad, a Dominika kupila, zaplacila 20 reali i ugryzla kawalek kurczaka, po czym oznajmila powaznie, ze juz nie moze, wprawiajac tym samym w konsternacje personel restauracji, ktorzy przejeli sie czy aby jej nie smakuje.
A dlaczewgo Dominika nie zjadla obiadu?

Powod jest prosty!


Dominika byla zgonem od momentu przyjazdu do okolo dni 30 listopada, czyli jakies 9 dni. Ciagle spala, nic nie jadla, wprawiala swa towarzyszke podozy w czarna, beznadziejna rozpacz. Na szczescie Pastor u ktorego mieszkalysmy  na CS w Sao nie podzielal mojego smutku i ogolnie mial lekka beke z tego ze Dominika jest chora i nawet raz zaironizowal mowiac: U really need a doctor?" - zrobil swoj slynny usmiech ukazujacy szereg rownych dlugich snieznobialych zebow.
Pastor ogolnie jest istota warta opisu. Ledwo co przyjechalysmy on  juz nam ukladal zycie, mowil co mamy robic, gdzie pojsc, kogo kochac, jak myslec, w co wierzyc, jak postrzegac rzeczywistosc. powiedzial tez, ze nie robi tego dla nas, tylko dla Jezusa, ze dostanie nagrode w niebie za swoje zachowanie. Ledwo usiadlysmy do posilku, juz chcialysmy zaczac jesc, a tutaj okazalo sie, ze czeka nas jeszcze modlitwa za dary (za dar jakim jest pizza). Modlilismy sie codziennie, przy kazdym posilku za zdrowie Domunika, ktora slabla z kazdym dniem, az w koncu musialam zrobic jej dwupunkt usuwajac jednoczesnie wszystkie klatwo-modlitwy rzucone przez Pastora. Zabral on nas ktoregos dnia na msze, ktora prowadzil. Nie przesadze, kiedy ujme to tak: byla to sytuacja conajmniej wpawiajaca w zazenowanie, konsternacje i ogolnie dyskomfort. Najpierw spiewalismy portugalskie piosenki o kochajacym Jezusie, nastepnie pastor walnal 50 minutowe przemowienie, podczas ktorego dostawal ekstatycznych spazmow. Miotalo nim jak szatan doslownie. Czasami az ukradkiem musialysmy na siebie spojrzec z Dominika, cos w stylu: "czy ty tez to widzisz?". Nastepnie bylo czytanie Biblii, akurat padlo na fragment, w ktorym jezus mowi, ze nie jestem chrzescijanem jezeli twoje zycie nie jest pelne cierpien i jezeli nie cierpisz wystarczajaco mocno to znaczy ze nie jestes dobrym chrzescijanem... Na sam koniec Pasotr oznajmil, ze sa z nim dwie dziewczyny z Polski i caly kosciol skierowal na nas wzrok, a to zaciekawiony, a to rozbawiony. My oczywiscie pokrylysmy sie szczodrym rumiencem i pomachalysmy do wszystkich. Nastepnie msza sie skocznyla, i nastapilo morze powitan, przytulan i innych cieplych gestow ze strony Portugalskich protestantow. Nie powiem, ze nie, bylo to bardzo mile, szczere i sympatyczne. Niestety moje uprzedzenie do religii chrzescijanskich objawilo sie w formie bycia sztywna jak kij i nie umialam wykrzac z sibie ani grama szczerej czulosci. Dla mnei to banda hipokrytow i nie zmienie zdania nawet po 100 przytulaskach. Dominika tez czula sie niezrecznie, ale chyba mniej niz ja, ciagle miala beke ze mnie i z mojego sztucznego usmiechu. Gdy po 30 minutach juz myslalysmy ze jestesmy uwolnione i jedziemy do domu, okazalo sie ze pastor chce jechac na przyjecie urodzinowe-niespodzianke. Nasze miny wyrazaly jedno slowo: ËL LUTO". ale nic, to on jest szefem. Mieszkanie w kotrym odbywalo sie przyjecie bylo male, cale zapakowane ludzmi, ktorzy gwarnie przygotowywali ostatnie rzeczy na przyjscie solenizantki, dzieci biegaly, pies lezal na dywanie i wszyscy byli w dobrych nastrojach. Gdy przyszla wszyscy krzykneli cos po portugalsku, a solenizantka sie poplakala. Potem Pastor poczul sie confiused i zebral towarzystwo do kupy aby odmowic modlitwe. Nastepnie pojechalysmy spac. Amen.

Z innych ciekawych (hehe) przygod w Sao:

- Dalysmy panu cukierki za to, ze nam pomog dojsc do bankomatu - pan sie tak uradowal ze szok
- olalysmy Grzeska, i prawidlowo, bo czlowiek tragednia
- Tata: pamietamy cie i nigdy nie zapomnimy bo jestes cudownym dzieckiem
- Ludzie w sao sa przyjazni i bardzo skorzy do pomocy.


Potem pojechalysmy do Paraty i tutaj juz rozpoczyna sie inny rozdzial - duzo lepszy. Dominika zaczyna sie dobrze czuc, troche juz pijemy alko, poznalysmy polaka i innych fajnych ludzi. Super miasteczko, duzo lepsza energia. Czy to aby uwolnienie sie od pastora? Nigdy sie tego nie dowiemy do konca. Ale faktem jest, ze jadac do Ilha Grande Dominika juz czuje sie swietnie. Na barce prowadzacej na wyspe poznajemy Leandra, u kotrego potem bedziemy spac w domu (i nie tylko haha). Ilha Grande chyba najbardziej nam sie podobalo, mega spokoj, wolnosc, piekno, wszystko takie rajskie i dobre. 1 dnia poznalysmy marynarzy, ktrorzy zaprosili nas na graduacje w Rio. Chemy isc ;)


Ok. Teraz jestesmy w Rio, wczoraj przyjechalysmy. Mieszkamy u Bruna, takiego fajnego hipstera. Jeszcze nie widzialysmy miasta. Ja pisze na kompie Bruna, Dominika lezy na lozku Bruna i pyta sie co to za zespol leci, ato przeciez Percival- Kiedy rozum spi! ;)
Pranie sie robi, czekamy az skonczy i spadamy na miacho.